Tag Archives: córeczka

Dziecko, praca, dom – jak to wszystko ogarnąć i nie zwariować? Kilka sprawdzonych sposobów!

Dziś nudy – życie codzienne mamy na etacie, która próbuje to wszystko ogarnąć… A nie czekaj! Jakie nudy? To życie (tej matki) pędzi niczym rollercoaster! 😉 Jak? No szybko! I to czasem, aż tak, że brak tchu i… Czasu. O tak, tego ostatniego mamusi nigdy nie wystarcza.

Spodziewasz się, że zacznę teraz opowiadać, jak to wspaniale mam wszystko ogarnięte i że śmieję się z tych, co nie dają rady. Yyy… No nie zacznę i nie powiem, że jestem mamą na medal, ale…

…mam kilka sposobów na ułatwienie sobie życia

Pierwszy – rzuć pracę zajmij się domem. A nie to niedobra rada, bo kredyty trzeba spłacać i żyć mieć za co. To nie, cofam to 😉 Pierwsza rada to… Olej to! Ale co? No wiesz, te wszystkie małe, nieistotne rzeczy, które choć nie są Ci bezpośrednio potrzebne do życia, to spędzają Ci sen z powiek. Jakie? No, że płyn do płukania Ci się rozlał na dywanik w łazience i ta niebieska plama nie może się doczekać aż zniknie – może zniknąć w sobotę, więc wyluzuj. W zlewie jest jeden brudny talerz, bo się nie zmieścił do zmywarki, albo nie zdążyłaś umyć ręcznie wcześniej, a obecnie wisi na Tobie dziecko i próbujesz je położyć, ale w myślach już widzisz jak go myjesz. Serio tak masz? No Matko Polko daj żyć! Do rana pleśń na nim nie wyrośnie. Itd., itp.

Naucz dziecko sprzątać – zupełnie nie żartuję!

Ałaaa… Krzyczysz znów nadeptując w salonie śliczny czerwoniutki, ostry jak brzytwa klocuszek Twojego dziecka. Co wtedy robisz? Podnosisz, przechodzisz obok dziecka wpatrzonego w najnowsze bajki w tv (sama jej włączyłaś, żeby coś zrobić w międzyczasie i już Cie gryzie sumienie, że się nim nie zajmujesz) i co? No wędrujesz do pokoju swojego brzdąca i wkładasz do pozostałych zabawek. O miś, o lala, o auto – patrzysz. No to sprzątasz resztę i tak kolejne pół godzinki. A dziecko? No chichra się przed tv. O nie mamusiu! Nie rób tego! Nie sprzątaj za swoim dzieckiem! To Ty powinnaś zrobić coś innego w tym czasie np. kolację dla wszystkich, którą też przecież musisz zrobić. Magiczna rada: naucz swoje dziecko sprzątać! Nie da się? Da – moje sprząta, ale nie z własnej inicjatywy. Nauczyliśmy ją tego. My rozmawiamy z Melą o różnych rzeczach. Dużo. Możecie się śmiać, ale my z mężem jesteśmy z tych „tłumaczących” rodziców i na razie całkiem sprawnie nam to idzie 😉

Prowadź kalendarz, a nawet kalendarze

To jest mój konik – kalendarze. Ja korzystam z trzech: mój osobisty (od Zaplanuj swój sukces), ścienny oraz internetowy (w pracy, aby ogarnąć wszystkie spotkania). Ale na co to komu? I czemu aż trzy? Dla porządku i planowania czasu. To naprawdę oszczędza czas, bo wpisując do przodu spotkania ze znajomymi, kosmetyczkę, lekarza czy treningi męża – oszczędzasz czas na debatowanie co i kiedy załatwić i czy przypadkiem nie planujecie wyjścia w ten sam dzień – po co się kłócić kto ma zostać z dzieckiem – lepiej wspólnie planować rodzinny czas 😉

Nie myśl w kategoriach „muszę”

Muszę wykąpać dziecko o 20, muszę dokończyć raport, bo rano nie zdążę, muszę dziś lecieć na zakupy, bo jutro wpada Basia na kawę… A co jeśli nie zrobisz tego wszystkiego na czas… Yyy… Czekaj, niech pomyślę… Nic?  A tak nic! Nic się nie stanie, bo to nie są sytuacje ekstremalne i zagrażające zdrowiu lub życiu i nie wymagają wizyty u lekarza. Nie żyj pod presją idealnej Matki Polki, która ma zawsze wszystko ogarnięte i dopilnowane. Moje dziecko w domu nie chodzi w sukienkach i w warkoczu. Jak wyplami koszulkę, to sobie w niej chodzi. Czasem jej przebiorę, czasem nie. No i co? Co to zmienia. No nic. Nie musimy być idealne. Nic nie musimy. Wszystko możemy i róbmy tak, żeby naszej rodzince żyło się dobrze 😉 A ta poplamiona koszulka nie przyczyni się do rozpadu rodziny lub sprawy dla reportera.

Zanim wyjdziesz za mąż zadaj sobie dwa pytania

Oprócz miłości w życiu liczy się też pragmatyczne podejście do niektórych spraw. Osobiście uważam, że czasy patriarchatu się już skończyły. Obecnie bardzo często oboje rodzice pracują i powinni dzielić się opieką i obowiązkami domowymi. Aaa… Miałam podać dwa pytania. Uwaga nadaję!

1. Sprawdź czy Twój przyszły mąż sprząta i gotuje – serio! To ważne kryterium 😉

2. Zapytaj co myśli o wychowywaniu dzieci – jeśli powie, że to babska sprawa, to kobieto dobrze Ci radzę, odwołaj ten ślub!

Ja mam to szczęście, że wyszłam za odpowiedniego mężczyznę (ps: właśnie czyta Meli bajki – och, jaki to uroczy dla mnie widok 🙂 )

Zgadzasz się ze mną? A może masz zupełnie inne podejście? Chętnie się dowiem, jakie jest Twoje zdanie!

Tyle na dziś! Mam nadzieję, że moje rady Ci się chociaż trochę przydadzą 😉 Uciekam do mojej wspaniałej rodzinki <3


Czy spodobał Ci się przeczytany właśnie tekst?

Jeśli tak, to bardzo mi miło. Chcesz co jakiś czas poczytać o moich pasjach związanych z życiem mamy marketerki? Masz kilka możliwości:
udostępnij ten wpis jeśli Ci się podoba i chcesz pokazać go innym,
– zostaw komentarz – chcę wiedzieć czy myślisz podobnie do mnie, a może masz zupełnie inne zdanie,
polub mój profil na Facebooku – sporo tam kulisów moich pasji,
zaobserwuj Instagrama – jeśli lubisz oglądać moje zdjęcia 🙂

 

 

 

Pierniczki, wspólne kolędowanie, choinka… Czyli wszystko to, bez czego Święta się nie liczą!

No więc jak to jest? Bez czego nie wyobrażasz sobie Świąt? Masz taką listę? Z pewnością! Może niespisaną, ale w głowie na pewno masz to wszystko poukładane. Co dokładnie? Każdy z nas co innego… Czy to źle? Nie! To, że w wielu rodzinach są różne zwyczaje to piękna sprawa, bo spotykając się wspólnie można wymienić się doświadczeniami 🙂

Choinka na start!

Żywe, sztuczne, zielone, białe, świerki, jodły… Wszystkie są cudne! Najważniejsze żeby cieszyły domowników. Dla mnie osobiście ważne jest też to, żeby była żywa. Przez ostatnie lata wybieramy jodłę kaukaską, bo przypadła nam do gustu. Jeśli chodzi o ozdoby to choć u nas stonowane srebro i złoto, to uwielbiam kolorowe choinki u mamy czy babci – to taki sentyment z dzieciństwa. Ogólnie rzecz ujmując ważne jest, aby w domu na Święta była choinka – bez niej nie ma klimatu.

Pierniczki oraz inne przygotowania

Sałatki, pierogi, uszka, pierniczki… Te ostatnie u mnie w domu robiło się sporadycznie, w sensie nie co roku. W mojej rodzinie chcę to zmienić. Zamierzam z Melą co roku robić pierniczki. To coś takiego, co można zrobić nawet kilka tygodni przed Świętami, a daje poczucie, że magiczny czas tuż tuż. Poza tym dla kilkulatki to ogromna frajda, że może coś zagniatać, wałkować, wykrawać figurki, a potem czekać aż się upieką… Pomyśl jaką Ty masz satysfakcję, jak jesz coś, co sama przygotujesz, więc dlaczego dziecku to odbierać. Pozwól mu – nawet kosztem wyrzucenia twardych, nie do zjedzenia, pierniczków 🙂

Pierwsza gwiazdka

Niby nikt w to nie wierzy, a od tego zaczyna się wigilia. A ja wierzę! I co roku stoję w oknie, aż ją zobaczę. To taki magiczny czas, tuż przed, w oczekiwaniu. Chodzenie od okna do okna to u mnie standard 🙂 Nie zrezygnuję z tej przyjemności.

Najważniejsze – bycie razem

Kolędowanie, śmiechy, anegdoty, wspólne wyjście na pasterkę – to najważniejsze dla mnie rzeczy podczas Świąt. Pozostałe: ozdoby, jedzenie, karpie i ciasta to dodatki. Najważniejsi są ludzie. R-O-D-Z-I-N-A… To bez niej nie ma Świąt. Życzę Ci abyś nigdy w Święta nie był sam. Miej dobre relacje, spotykaj się, śmiej, ściskaj i bądź.

Dbaj, o to co ważne.

Wesołych Świąt!

Uciekam do stołu wcisnąć jeszcze jednego serniczka 😛

Nasze wielkie, polskie wakacje – czyli jak spędzić kreatywnie czas z dzieckiem

Od czego by tu zacząć… Może od początku. Mela ma dokładnie 3,5 roku i obecnie chodzi do przedszkola. Ze względu na przerwę wakacyjną cały sierpień spędzamy razem. W tym roku wypadło aż 5 tygodni, więc postanowiliśmy z mężem podzielić się opieką i wzięliśmy po 3 tygodnie urlopu  (tym o to sposobem mieliśmy jeden tydzień w trójkę).

Sytuacja zarysowana, więc idźmy dalej. Nigdy nie planowaliśmy wakacji z wyprzedzeniem i tak też było w tym roku. Lubimy spontaniczne wypady i ograniczamy się do terenu Polski. Przynajmniej na razie 🙂

Muszę się przyznać, że zawsze na to narzekałam, ale jakoś w tym roku wycieczki wyszły nam znakomicie. Naprawdę poczułam wakacje! Już dawno tak nie miałam (a przede mną jeszcze jeden wspaniały tydzień z córeczką!). Piękny jest ten wspólny czas, ale po kolei…

Cudowny klimat Krakowa

Taaak! W końcu tam byłam, nie przejazdem, nie na zakupach, ale po to by pozwiedzać! Było warto. W tym roku byliśmy tam dwa razy i oba wykorzystaliśmy co do jednej minuty. Mogłoby się wydawać, że nie ma sensu jechać dwa razy w to samo miejsce, ale wydaje mi się, że zawsze jest coś nowego do zobaczenia.

No to jedziemy!

Podczas pierwszego wyjazdu nie mogło się obyć bez smoka wawelskiego. Razem z mężem znaliśmy go tylko ze zdjęć i opowieści znajomych. W sumie fajnie, że widzieliśmy go pierwszy raz w życiu razem z córeczką – będziemy to miło wspominać.

Przy okazji odwiedzin smoka udaliśmy się w mały rejs po Wiśle. Mela strasznie się cieszyła, że popłynie łódką, bo to była kolejna przygoda do zrealizowania w jej małym życiu. Przez cały rejs patrzyła na wodę.

Z Wawelem nie rozstaliśmy się tak szybko, bo postanowiliśmy coś zjeść i z polecenia koleżanki odwiedziliśmy Restaurację Vidok, która ma adekwatną nazwę do tego co można tam zobaczyć 🙂 Jeśli mam być szczera jedzenie było na poziomie średnim, bez fajerwerków, no ale tam marża jest zrozumiała. Płacimy za widok 🙂 Zobaczcie.

W każdym mieście trzeba zaliczyć Rynek, więc tak też zrobiliśmy. Pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy Kościół Mariacki i Sukiennice, zjedliśmy lody i w zasadzie tyle – bo dla dziecka to żadna atrakcja, a poza tym Melę już zaczęły boleć nogi, no bo przecież są małe i daleko nie powędrują 🙂 No i jeszcze ten upał – spacer w 30 stopniach to wyczyn nawet dla dorosłych, więc nie dziwię się, że nie chciała już chodzić.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Krakowski Kazimierz. Tam jest klimat, który najbardziej chyba interesował mnie jako humanistę. Przez wiele wieków Kazimierz był miejscem współistnienia i przenikania się kultury żydowskiej i chrześcijańskiej. Kiedyś bardzo dużo o tym czytałam, więc te kamieniczki były miłe moim oczom. Dla Meli to po prostu budynki, ale i tak dzielnie maszerowała. Z małymi przerwami 🙂

Wróćmy jednak do przygód i atrakcji przygotowanych dla Meli. Drugi wyjazd to było w końcu to co dało jej prawdziwą frajdę, bo… Pierwszy raz w życiu była w ZOO, a to krakowskie jest naprawdę duże. Tym razem pogoda nas oszczędziła, dlatego wycieczka tramwajami i autobusami, aby dotrzeć do celu, nie była taka zła. Przy okazji oglądaliśmy różne budynki, dlatego Mela koniecznie musiała siedzieć przy oknie. W sumie ją rozumiem – chyba każdy z nas to lubi 🙂
Osobiście spodobało mi się Centrum Kongresowe, dlatego uwieczniliśmy Melę na jego tle.

Wróćmy do głównego celu – ZOO

To było naprawdę duże przeżycie dla 3,5 latki, która dotychczas zwierzęta widziała w bajkach i tv. Tym razem mogła je zobaczyć z bliska. My oczywiście też się świetnie bawiliśmy. Spędziliśmy tam wszyscy kilka godzin, ale było warto. Wspomnienia do tej pory żywe, bo widząc zwierzaki w książkach Mela wspomina, że widziała je w ZOO. Najbardziej spodobały jej się żyrafy, a z kolei pingwiny wszystkich nas rozczarowały, bo nie chciały chodzić – stały jak posągi. Nie wyglądały jak te bajkowe z Madagaskaru 🙂

Co dalej? Kopiec Kościuszki

Szczerze przyznam się, że widok imponujący, bo widać stamtąd całą panoramę Krakowa, ale wychodząc i schodząc miałam strach w oczach. Bardzo bałam się o Melanię, bo nie ma tam żadnych zabezpieczeń. Tak mocno ściskałam jej rękę, aż krzyczała, żebym ją puściła. Nie zrobiłam tego i jakoś udało się zejść. Jeśli Wasze dzieci są urwisami to nie polecam – poczekajcie, aż zrozumieją, że to niebezpieczne. Po zejściu znów na twarzy Meli zagościła radość i chęć do biegania 🙂

Jak wypełniliśmy Meli czas w pozostałe dni wakacji?

Było tyle rzeczy do zrobienia, że nie było mowy o nudzie w domu! Jeździliśmy nad wodę – na Podkarpaciu polecam Jezioro Tarnobrzeskie. Woda czysta jak łza i płytka, w sam raz dla maluchów. Oprócz tego odwiedziliśmy baseny w Boguchwale, które są zadbane i świetnie przystosowane dla dzieci. Całe 10 minut od naszego domu, a radość nie do opisania 🙂 Poniżej nasza pływaczka w Tarnobrzegu.

Niedaleko Tarnobrzega znajduje się Sandomierz, więc postanowiliśmy odwiedzić miasto serialowego „Ojca Mateusza”. Obejrzeliśmy Rynek i zeszliśmy do podziemi. Mela w ogóle się nie bała ciemności – odważna, po mamusi 🙂 Wycieczka w sam raz na całe popołudnie.

To nie koniec naszych wakacyjnych atrakcji

Wyjazd do babci i dziadka również był niesamowity! Wspólne spacery, żarty, przytulanki. Uważam, że i dziadkom i wnukom należą się jednakowo, a wakacje to czas żeby nadrobić wspólny czas. Spędziłam z Melą cały tydzień u moich rodziców i był to kawał radości dla niej i dla mnie. Odwiedziliśmy wspólnie nie tylko moich dziadków (nazywanych przez Melę „babcią i dziadkiem pra” zamiast pradziadkami), ale też Nowiny Horynieckie, ze źródełkiem w środku lasu. Mela rzadko bywa w takich miejscach, więc rzucanie szyszkami i uciekanie dziadkom bardzo jej się podobało 🙂

Przedstawiłam Ci nasz pomysł na wakacje z dzieckiem. Może mieszkasz niedaleko ode mnie, masz dzieci w podobnym wieku i wykorzystasz te pomysły za rok? Miejsca polecam w 100%. Oprócz małych i dużych wycieczek podczas wakacji z dzieckiem, najważniejszy jest wspólny czas. Spacery, gra w piłkę na trawie, wspólne rysowanie kredą po ulicy, bieganie po kałużach, śmieszne rozmowy, z których powstają anegdotki na lata.

Jeśli nie masz pomysłu i budżetu na wakacje to pamiętaj Rodzicu, że dla dziecka Ty i Twój poświęcony mu czas, jest najważniejszy. To najcenniejsze co możesz mu dać.

A jak ty organizujesz czas swoim dzieciom podczas wakacji? Daj się innym zainspirować 🙂

 

Jesteś piękna!

Jesteś? No jasne, że tak! Czy widzisz jak ja wyglądam? Jestem gruba, przed 30-stką i nikt by się za mną nie obejrzał!

Znasz to? Często powtarzasz te słowa? No to witaj w moim świecie! Mówimy chórkiem 🙂

Czemu tak jest? Jak mam przyjąć to, że przez większość życia mój rozmiar był w okolicy 36, a teraz jest grubo ponad? Ehh… Na wagę aż boję się stawać, a jak mój mąż pyta ile tam widzę to szybko uciekam i krzyczę ‚nie czepiaj się’.

Tak, widać to  – po pierwsze to jak wyglądam, a po drugie moje niezadowolenie. Czy o tym mówię? Tak! Z jednej strony każdy z moich znajomych to słyszał, ale z drugiej ja nic sobie z tego nie robię. Dlaczego?

Nie wiem. Ciężko mi. Nie chcę.

Czy jestem piękna? Kurcze, tego też nie wiem.

Ale moment… Nie!

Jestem piękna! Mimo wszystko… Skąd to wiem, skoro codziennie sobie powtarzam ‚idź babo na dietę, bo mąż zwątpi’…

Trudno mi. Ciągle mam jakieś wymówki. Przeszłam w codzienny rytm jedzenia w biegu. Zatraciłam się w pracy i nie dbam o siebie. To, że pamiętam żeby się pomalować to za mało. Jak idę do sklepu kupić coś do ubrania to popadam w depresję. Albo się nie mogę dopiąć, albo wyglądam jak orka. Tak, tak się czuję.

W takim razie skąd teoria, że jestem piękna?

A wiem!

Od mojej Meli.

W zabieganiu, w codzienności od czasu do czasu słyszę z ust mojej córeczki ‚mamo jesteś piękna!’.

Chcę wtedy płakać (nawet kosztem rozmazanego tuszu rano przed pracą).

Moja córka mnie kocha. Jest ponad. Ponad to, jak ja wyglądam. Choć wiem, że nie jestem idealna dla wszystkich wokół, to mam wsparcie. W niej.

Dziękuję córeczko! Ty też jesteś piękna. To nieprawda, że jesteś podobna tylko do taty. Do mnie trochę też 🙂 Obie jesteśmy piękne!

Kocham Cię Mela! <3 I obiecuję, że się za siebie wezmę. Dla siebie. Żebym nie wątpiła w to, że jestem piękna!

Córeczko – przepraszam, że nie zawsze jest tak, jak byś chciała…

Przepraszam Cie córeczko… Tymi słowami chcę rozpocząć ten tekst. Myślę, że kiedyś, gdy Mela będzie starsza, będę z nią o tym rozmawiać. O czasie. Tym wspólnym. Co by było gdybym  nie podjęła pracy zaraz po tym, jak moja córeczka skończyła roczek? Nie wiem, ale pewnie nie byłabym tu gdzie jestem. Czy żałuję? Nie. Chciałam tego, chciałam pracować, realizować się i jednocześnie być mamą na medal. Czy mi się to wszystko udało?

Nie wiem. Melania oceni to za kilka lat. Może do tego czasu będzie oceniać to jeszcze jeden maluszek (zobaczymy jak się to wszystko ułoży). Czy będę z drugim dzieckiem postępować inaczej? Czy zostanę z nim w domu do skończenia przez niego 3 lat? Nie. Nie zrobię tego. Nie dlatego, że byłoby to  niesprawiedliwe wobec Meli, ale dla siebie. Tak! Myślę o sobie! Czy to grzech? Mam jedno życie i chcę czerpać z niego 200%. Kocham moją rodzinę i wiem, że bez niej moje życie byłoby szare. Mam dwa skarby (córkę i męża) i nie wyobrażam sobie innego funkcjonowania, jak tylko przy nich.

Moja córeczka jest wspaniała. Czy się tego spodziewałam? Nie wiem. Nie wiedziałam, aż do porodu jaka jest płeć dziecka, więc nie wyobrażałam sobie jak moje dziecko będzie wyglądać. Czekałam. Gdy ją zobaczyłam moje serce zabiło mocniej. „Jest śliczna” – to moje pierwsze słowa wypowiedziane po tym gdy ją ujrzałam. Cudne, wielkie oczy spojrzały na mnie i podświadomie stałyśmy się jednością jeszcze bardziej, niż gdy była w brzuchu.

Czy gdy boli ją, to mnie też? Tak. Dokładnie tak jest, ale muszę być twarda. Dla niej i dla siebie. Czy mam wyrzuty sumienia, że nie byłam przy niej gdy dostała wysokiej gorączki w przedszkolu i tak bardzo płakała lub gdy rozdarła sobie udo siatką ogrodzeniową podczas zajęć przedszkolnych? Mam i zawsze po takich przypadkach siedzę z nią do późnego wieczora, tulę i przepraszam. Czy da się zapobiec wszystkim ‚wypadkom’, jakie przytrafiają się dziecku? Nie, więc to nie jest tak, że trzeba nagle czuć się ‚złą matką’. To się zdarza i tyle. Kropka.

Czy chciałabym całymi dniami patrzeć jak rośnie i uczy się nowych rzeczy? No jasne! Ale. Coś za coś. Ja mam pracę i samorealizację, a ona koleżanki i panie w przedszkolu oraz coś jeszcze. Wolność.

Jaką wolność powiecie? Odpowiem. Myślę, że fakt, że oddaję dziecko na kilka godzin do neutralnego świata (bez rodziców) to rodzaj wolności. Mela jest bardzo otwartym i szalonym dzieckiem. W przedszkolu opowiada o nas paniom i koleżankom. Mówi to co chce i nie słyszy ciągle ode mnie „nie mów tak, tak nie wolno”. Tam wolno! Staram się nie dawać jej zakazów, ale czasem opadając z sił krzyczę „nie wolno”. Nie powinnam. Za to córeczko również Cię przepraszam.

Jest coś jeszcze – Mela dzięki kontaktom z rówieśnikami jest twarda. Nie płacze gdy ktoś ją popchnie, tylko wstaje i idzie dalej! Ostatnio gdy zobaczyłam taką sytuację w przedszkolu byłam z niej dumna, bardzo.

Co negatywnego dostrzegam w tym , że pracuję? To, że moja praca za mną chodzi. W domu często siedzę przy komputerze. Nie powinnam, ale czasem jak nie sprawdzę poczty lub swoich zadań na kolejny dzień jestem ‚chora’. Moja córeczka powinna mieć ten czas. Muszę jej go oddać i uczę się tego. Chcę! Chcę być dla niej na 100% tego czasu, gdy jesteśmy razem. Meluś! Poprawię się! Będziecie mi kibicować?

PS: Mela dziękuję Ci za ostatni długi weekend. Miło mieć Cię cały czas obok i nie myśleć o pracy ;*

 

Jestem mamą w korporacji – spełnioną

Da się? Jesteś nią? Chciałabyś być? Jak zwykle zadaję dużo pytań, wiem, ale chcę Cię poznać. Chcę wiedzieć czy jesteś kimś innym niż ja, czy może mamy podobne pierwiastki w życiu.

Jak to jest?

Hmmm… Dla mnie bomba! Uwielbiam swoją pracę, a kocham moją córkę. Da się to połączyć i zadowolić obie strony (mnie i Melę oczywiście). Przez pierwszy rok bycia mamą (roczny macierzyński) cieszysz się dzieckiem. Opiekujesz się, dbasz, uczysz się zachowań pociechy, śmiejesz się, płaczesz. Wszystko naraz! Tyle emocji. I jest coś jeszcze. Ty!

Co to znaczy, że oprócz bycia mamą, jesteś jeszcze „Ty”?

Część z Was zapewne wie co mam na myśli – chcesz być sobą i mamą, a nie tylko tą drugą. Oczywiście mając dziecko nie wyobrażamy sobie życia bez niego, to oczywiste. Ale cząstką siebie tęsknimy do życia kobiety. Podkreślę, że nie chodzi mi o drogie kosmetyki, chodzenie do fryzjera, ciągłe dbanie o siebie itd. Chodzi mi o coś zupełnie innego – samorealizację. Tak, to chyba będzie dobre słowo. Czy można spełniać się będąc mamą i nie pracując? No jasne, że tak! Wiem, że są kobiety, dla których esencją życia jest macierzyństwo. Czasem jednak to nie wszystko. Czasem chce się czegoś więcej. Ja chciałam i nadal chcę. Mam to. To moja praca.

Jestem mamą pracującą i niczego się nie boję. No dobra, boję się każdej choroby Meli, ale tego boi się każdy rodzic. Wtedy wszystko mogę rzucić, żeby tylko była zdrowa.

„Takie małe dziecko do żłobka, jak możesz, będzie ciągle chora!” – słyszałam to kilka razy. Bolało za każdym jednym. Czy cofając czas nie posłałabym tam Meli? O nie drogie mamy! Zrobiłabym to jeszcze raz!

Choroby, płacze, smutek, tęsknota – tak to trzeba przeżyć, ale kiedyś i tak będzie trzeba (3, 4, 5-latki czeka to samo gdy pójdą do przedszkola). Dałyśmy radę, obie (plus nieoceniona pomoc tatusia, który dzielił ze mną L4-ki i opiekuńcze).

Czy mi łatwo?

Po tym wszystkim? Myślę, że łatwiej niż na początku. Teraz mam wszystko poukładane. Nasze mieszkanko coraz piękniejsze (zaczynaliśmy od parapetówki przy starym biurku pod komputer mojego męża, więc uważam, że obecnie jest progres z umeblowaniem). Córeczka zdrowsza, piękna, szczęśliwa i co najważniejsze – uwielbia przedszkole! Praca? To moje spełnione marzenie! Zawsze lubiłam pisać, byłam wielbicielką dobrego stylu i social mediów, i tak właśnie wylądowałam w dziale marketingu, dużej firmy produkującej piękne rzeczy związane z fotografią.

Jak mijają dni mamy w korporacji?

Kreatywnie! Opowiem o tym jeszcze innym razem, a dziś napiszę tyle: jestem spełnioną (w dwóch tego słowa znaczeniach) mamą.