Zupa krem z żółtych pomidorów, czyli jesień na stole

Za oknem zimny dzień? Jesień puka do Waszego domu? Ogrzej się przy pysznej zupie krem!

Przeważnie oferuję Wam przepisy na ciasta, ale dziś dla odmiany będzie zupa. Mama zaopatrzyła mnie w kilogramy żółtych pomidorów – muszę przyznać, że spróbowałam ich pierwszy raz w życiu i bardzo mi posmakowały 🙂 Jest to odmiana bardziej kwaśna, lecz owoce mają piękny kolor i wizualnie bardzo do siebie zachęcają.

Aromatyczna zupa krem idealnie rozgrzewa, a do tego można ją bardzo szybko przygotować (w ok. 20 min.), ale dość opowiadania, bierzmy się do gotowania!

Składniki:
– 1 kg żółtych pomidorów,
– 1/2 cebuli,
– 1/4 selera lub pietruszki,
– 1 szklanka wody,
– przyprawy ( 1 liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego, sól pieprz i cukier do smaku),
– opcjonalnie makaron (ja dodałam ten w kształcie ryżu, specjalnie dla mojej 3,5-latki, która nie przepada za samym kremem).
Przygotowanie:

Pomidory parzymy, obieramy ze skórki i kroimy w mniejsze kawałki. Cebulę kroimy w kostkę, szklimy na odrobinie masła, dodajemy pokrojonego w kostkę selera oraz liść laurowy i ziele angielskie. Podsmażamy 2 minuty. Dodajemy pomidory i szklankę wody. Dusimy do miękkości ok. 10 minut. Blendujemy, doprawiamy cukrem solą i pieprzem. Opcjonalnie: makaron gotujemy oddzielnie i dokładamy do gotowego kremu.

Polecam przepis osobom, które uwielbiają zupy krem i rozgrzewające dania 🙂

Smacznego!

Nasze wielkie, polskie wakacje – czyli jak spędzić kreatywnie czas z dzieckiem

Od czego by tu zacząć… Może od początku. Mela ma dokładnie 3,5 roku i obecnie chodzi do przedszkola. Ze względu na przerwę wakacyjną cały sierpień spędzamy razem. W tym roku wypadło aż 5 tygodni, więc postanowiliśmy z mężem podzielić się opieką i wzięliśmy po 3 tygodnie urlopu  (tym o to sposobem mieliśmy jeden tydzień w trójkę).

Sytuacja zarysowana, więc idźmy dalej. Nigdy nie planowaliśmy wakacji z wyprzedzeniem i tak też było w tym roku. Lubimy spontaniczne wypady i ograniczamy się do terenu Polski. Przynajmniej na razie 🙂

Muszę się przyznać, że zawsze na to narzekałam, ale jakoś w tym roku wycieczki wyszły nam znakomicie. Naprawdę poczułam wakacje! Już dawno tak nie miałam (a przede mną jeszcze jeden wspaniały tydzień z córeczką!). Piękny jest ten wspólny czas, ale po kolei…

Cudowny klimat Krakowa

Taaak! W końcu tam byłam, nie przejazdem, nie na zakupach, ale po to by pozwiedzać! Było warto. W tym roku byliśmy tam dwa razy i oba wykorzystaliśmy co do jednej minuty. Mogłoby się wydawać, że nie ma sensu jechać dwa razy w to samo miejsce, ale wydaje mi się, że zawsze jest coś nowego do zobaczenia.

No to jedziemy!

Podczas pierwszego wyjazdu nie mogło się obyć bez smoka wawelskiego. Razem z mężem znaliśmy go tylko ze zdjęć i opowieści znajomych. W sumie fajnie, że widzieliśmy go pierwszy raz w życiu razem z córeczką – będziemy to miło wspominać.

Przy okazji odwiedzin smoka udaliśmy się w mały rejs po Wiśle. Mela strasznie się cieszyła, że popłynie łódką, bo to była kolejna przygoda do zrealizowania w jej małym życiu. Przez cały rejs patrzyła na wodę.

Z Wawelem nie rozstaliśmy się tak szybko, bo postanowiliśmy coś zjeść i z polecenia koleżanki odwiedziliśmy Restaurację Vidok, która ma adekwatną nazwę do tego co można tam zobaczyć 🙂 Jeśli mam być szczera jedzenie było na poziomie średnim, bez fajerwerków, no ale tam marża jest zrozumiała. Płacimy za widok 🙂 Zobaczcie.

W każdym mieście trzeba zaliczyć Rynek, więc tak też zrobiliśmy. Pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy Kościół Mariacki i Sukiennice, zjedliśmy lody i w zasadzie tyle – bo dla dziecka to żadna atrakcja, a poza tym Melę już zaczęły boleć nogi, no bo przecież są małe i daleko nie powędrują 🙂 No i jeszcze ten upał – spacer w 30 stopniach to wyczyn nawet dla dorosłych, więc nie dziwię się, że nie chciała już chodzić.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Krakowski Kazimierz. Tam jest klimat, który najbardziej chyba interesował mnie jako humanistę. Przez wiele wieków Kazimierz był miejscem współistnienia i przenikania się kultury żydowskiej i chrześcijańskiej. Kiedyś bardzo dużo o tym czytałam, więc te kamieniczki były miłe moim oczom. Dla Meli to po prostu budynki, ale i tak dzielnie maszerowała. Z małymi przerwami 🙂

Wróćmy jednak do przygód i atrakcji przygotowanych dla Meli. Drugi wyjazd to było w końcu to co dało jej prawdziwą frajdę, bo… Pierwszy raz w życiu była w ZOO, a to krakowskie jest naprawdę duże. Tym razem pogoda nas oszczędziła, dlatego wycieczka tramwajami i autobusami, aby dotrzeć do celu, nie była taka zła. Przy okazji oglądaliśmy różne budynki, dlatego Mela koniecznie musiała siedzieć przy oknie. W sumie ją rozumiem – chyba każdy z nas to lubi 🙂
Osobiście spodobało mi się Centrum Kongresowe, dlatego uwieczniliśmy Melę na jego tle.

Wróćmy do głównego celu – ZOO

To było naprawdę duże przeżycie dla 3,5 latki, która dotychczas zwierzęta widziała w bajkach i tv. Tym razem mogła je zobaczyć z bliska. My oczywiście też się świetnie bawiliśmy. Spędziliśmy tam wszyscy kilka godzin, ale było warto. Wspomnienia do tej pory żywe, bo widząc zwierzaki w książkach Mela wspomina, że widziała je w ZOO. Najbardziej spodobały jej się żyrafy, a z kolei pingwiny wszystkich nas rozczarowały, bo nie chciały chodzić – stały jak posągi. Nie wyglądały jak te bajkowe z Madagaskaru 🙂

Co dalej? Kopiec Kościuszki

Szczerze przyznam się, że widok imponujący, bo widać stamtąd całą panoramę Krakowa, ale wychodząc i schodząc miałam strach w oczach. Bardzo bałam się o Melanię, bo nie ma tam żadnych zabezpieczeń. Tak mocno ściskałam jej rękę, aż krzyczała, żebym ją puściła. Nie zrobiłam tego i jakoś udało się zejść. Jeśli Wasze dzieci są urwisami to nie polecam – poczekajcie, aż zrozumieją, że to niebezpieczne. Po zejściu znów na twarzy Meli zagościła radość i chęć do biegania 🙂

Jak wypełniliśmy Meli czas w pozostałe dni wakacji?

Było tyle rzeczy do zrobienia, że nie było mowy o nudzie w domu! Jeździliśmy nad wodę – na Podkarpaciu polecam Jezioro Tarnobrzeskie. Woda czysta jak łza i płytka, w sam raz dla maluchów. Oprócz tego odwiedziliśmy baseny w Boguchwale, które są zadbane i świetnie przystosowane dla dzieci. Całe 10 minut od naszego domu, a radość nie do opisania 🙂 Poniżej nasza pływaczka w Tarnobrzegu.

Niedaleko Tarnobrzega znajduje się Sandomierz, więc postanowiliśmy odwiedzić miasto serialowego „Ojca Mateusza”. Obejrzeliśmy Rynek i zeszliśmy do podziemi. Mela w ogóle się nie bała ciemności – odważna, po mamusi 🙂 Wycieczka w sam raz na całe popołudnie.

To nie koniec naszych wakacyjnych atrakcji

Wyjazd do babci i dziadka również był niesamowity! Wspólne spacery, żarty, przytulanki. Uważam, że i dziadkom i wnukom należą się jednakowo, a wakacje to czas żeby nadrobić wspólny czas. Spędziłam z Melą cały tydzień u moich rodziców i był to kawał radości dla niej i dla mnie. Odwiedziliśmy wspólnie nie tylko moich dziadków (nazywanych przez Melę „babcią i dziadkiem pra” zamiast pradziadkami), ale też Nowiny Horynieckie, ze źródełkiem w środku lasu. Mela rzadko bywa w takich miejscach, więc rzucanie szyszkami i uciekanie dziadkom bardzo jej się podobało 🙂

Przedstawiłam Ci nasz pomysł na wakacje z dzieckiem. Może mieszkasz niedaleko ode mnie, masz dzieci w podobnym wieku i wykorzystasz te pomysły za rok? Miejsca polecam w 100%. Oprócz małych i dużych wycieczek podczas wakacji z dzieckiem, najważniejszy jest wspólny czas. Spacery, gra w piłkę na trawie, wspólne rysowanie kredą po ulicy, bieganie po kałużach, śmieszne rozmowy, z których powstają anegdotki na lata.

Jeśli nie masz pomysłu i budżetu na wakacje to pamiętaj Rodzicu, że dla dziecka Ty i Twój poświęcony mu czas, jest najważniejszy. To najcenniejsze co możesz mu dać.

A jak ty organizujesz czas swoim dzieciom podczas wakacji? Daj się innym zainspirować 🙂

 

O relacjach damsko-męskich, czyli Mr Right & Mrs Always Right!

„Kto rządzi w związku?” Dobre pytanie, prawda? Uwielbiam dawać pytajniki, przecież wiesz.

To nie jest łatwe pytanie i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Oczywiście jeśli zapytasz kobietę lub mężczyznę właśnie o to – zabrzmi jedno słowo: „ja”! Od dziecka pamiętam, że zawsze ludzie wymieniali się spostrzeżeniami o swoich związkach, ale nie tylko swoich (ach te ploteczki!). Pytań jest więcej: kto ma zawsze rację? Kto trzyma kasę? Kto płaci rachunki?

Można tę listę rozwijać i rozwijać, ale nie… Dziś odwrócę trochę role. Zadam pytanie panom, mężom, chłopakom, partnerom…

„Czy Ty pomagasz swojej żonie w domu?”

Tik-tak, tik-tak, tik-tak… Cisza? Czy padła odpowiedź „tak pomagam” lub „nie, nie pomagam”?

Z tych trzech opcji, cisza jest chyba najlepsza. Dlaczego? Bo w dzisiejszych czasach to pojęcie „pomagania” trochę ewoluowało. Co mam na myśli? A to mianowicie, że DOM należy do obu partnerów i tak naprawdę oboje powinni dbać o to w jakim miejscu żyją.

Pranie, sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi to już nie tylko domena kobiet. Współcześni mężczyźni (w większości) wykonują te czynności jako rutynowe. I chwała im za to!

Oczywiście są wyjątki. Słyszę czasem anegdotki kolegów, którzy nie gotują czy nie zmywają, bo twierdzą, że żona zrobi to lepiej. Takie tłumaczenie mocno mnie wyprowadza z równowagi i zwykle z nimi polemizuję. Różnie kończą się takie rozmowy, ale w życiu im nie przytaknę! O nie!

Nie jestem feministką i nie walczę o równouprawnienie, ale uważam, że PARTNERSTWO to fundament każdego związku. Wiadomo, że miłość i zaufanie są na pierwszym miejscu, ale bez wzajemnego wspierania się na co dzień, nie ma mowy o zdrowo funkcjonującym związku.

Kobiety nie potrzebują „pomocnika”, tylko „partnera”. Oboje mieszkają po jednym, wspólnym dachem, a skoro tak, to nie mieści się w głowie, aby tylko jedna osoba dbała o DOM. Oboje pracują, oboje potrzebują po pracy coś zjeść i posiedzieć w czystym mieszkaniu. Nie upieram się, że facet powinien umieć wszystko, więc podział obowiązków będzie tu najlepszą opcją. To naprawdę ułatwia codzienne funkcjonowanie. Ważne, aby się uzupełniać, a jasność w kwestii tego kto odkurza, a kto wyrzuca śmieci, potrafi ułożyć rytm dnia czy tygodnia. Serio!

W przypadku posiadania dzieci jest podobnie – dziecko jest wspólne (i mamy i taty), więc razem się nim opiekują. Tutaj też polecam podział w stylu: „ja je wykąpię, a Ty mu zrobisz kolację”. Trzeba się uzupełniać 🙂

Nikt nie powinien być „pomocą” w domu, tylko stanowić jego integralną część.

No dobra, ale kto w związku ma zawsze rację? Bo od tego zaczęłam te moje wywody. Mawia się, że to do kobiety zawsze należy ostatnie słowo, ale to chyba mężczyźni wymyślili tę „niby” zasadę.

Moje wpisy zwykle pojawiają się po zaczerpnięciu z czegoś inspiracji. Nie uwierzysz co było nią tym razem! Pewnie pomyślisz, że akurat mąż mi w czymś „pomógł” i postanowiłam to spisać. No nie tym razem 🙂

Przedstawiam moje najnowsze poduchy od MyGiftDNA.pl! Nie dość, że są piękne to dosłownie do mnie mówią! Starannie wyhatowane napisy „Mr Right” i „Mrs always right” dodatkowo zostały opatrzone naszymi imionami. W poprzednim wpisie już Ci zdradziłam jak bardzo liczy się dla mnie możliwość personalizowania, a dodawanie imion do różnych rzeczy wprost uwielbiam!

W moim przypadku sama wybierałam sobie prezent (już tak mam, bo lubię praktyczność!), ale sklep ma tak zbudowane możliwości wyszukiwania, że można przygotować niespodziankę dla każdej bliskiej nam osoby i z pewnością jeszcze nie raz skorzystam z tej opcji. Zwłaszcza dlatego, że prezenty przychodzą pięknie zapakowane i można od razu je wręczyć (to naprawdę ułatwia życie!).

Co do inspiracji – napisy na poduszkach w wolnym, polskim tłumaczeniu znaczą mniej więcej tyle, że Pan ma rację, a Pani zawsze ma rację. W naszym przypadku powinniśmy dokupić i położyć pośrodku podłużną poduszkę ze znakiem równości. Dwa mocne charaktery zawsze chcą dominować i pogodzenie ich to wyzwanie. Ale jak się kogoś mocno kocha, to się da 🙂

Poduszki już jakiś czas goszczą w naszej sypialni i umilają nam czas, są miękkie, duże (50×50 cm!) i co najważniejsze – są dwie! Podpisane wyhaftowanym imieniem, więc nie ma mowy o pomyłce, a uwierzcie mi u nas bitwa o poduszki to częste, wieczorne wydarzenie.

Dzięki takim poduszkom, od teraz Państwo „Right” będą żyli długo i szczęśliwie…

PS: Koniecznie daj znać jak to jest u Ciebie. Kto ma zawsze rację? 🙂

A po spersonalizowane prezenty na przeróżne okazje, zapraszam na MyGiftDNA.pl

Jakie dekoracje do pokoju małej dziewczynki?

No właśnie jakie? Jak dobrać idealnie elementy do pokoju trzylatki? Co jest niezbędne i na pewno się przyda? Co jest po prostu ładne? A co właściwie lubią takie maluchy?

Ja, jako praktyczna matka, z chęcią opowiem Ci o tym, jak urządziłam pokój Melanii. Wiadomo, że nie ma opcji kupienia i zaplanowania wszystkiego na start, więc ciągle w pokoju dziecka się coś zmienia, ale to co na pewno polecę, to słuchanie rad koleżanek z doświadczeniem i ciągłe poszukiwanie inspiracji 🙂

Szczerze, to kiedyś nie wiedziałam, że tak teraz będzie wyglądał pokój mojej księżniczki. Każdy ma jakieś tam wspomnienia z dzieciństwa: kolorowe ściany, meblościanki wypchane maskotkami, pudła z klockami, lampka nocna na parapecie i wiele innych.

Jak to jest teraz? Jak współczesne mamy urządzają pokoje dzieciom? Myślę, że bardziej funkcjonalnie, ale też z większym gustem. Zależy nam, aby pokój nie tylko był „poukładany”; chcemy żeby było wszystko spójne i dobrane kolorystycznie.

Pokój Meli jest malutki, ale chyba właśnie dlatego jest taki słodki (szczerze, to marzyłam jako dziecko aby mieć podobny). Tak, wiem o czym teraz myślisz – że ja realizuję swoje marzenia z dzieciństwa. Może trochę tak, ale jak każda mama chcę jej dać co najlepsze. Na razie mogę sobie pozwolić tylko na malutki pokoik, więc starannie planuję w nim każdy centymetr. Kolory są dość umiarkowane, ale to zobaczysz na zdjęciach.

No to zapraszam! Zobacz co tutaj mamy…

Białe łóżko z popularnej sieci – rośnie razem z dzieckiem, a obecnie jest rozłożone na całe 135 cm! Według mnie to świetna opcja, bo 3-latka nie potrzebuje łóżka na 2 metry. Jest nie dość, że funkcjonalne (spokojnie nadaje się się też dla nastolatki) to jeszcze przeurocze. Wypełniłam je neutralną, szarą pościelą i poduszkami – Mela uwielbia je w każdej postaci. Mamy już taką rodzinną tradycję, że jak mama jedzie w delegację to zawsze wraca z podusią dla córeczki – muszę się jakoś wkupić po długiej nieobecności.

Najpiękniejszy element dekoracji łóżeczka to bawełniane, świecące kule od Cotton Ball Lights. W moim przypadku można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia 🙂 Dlaczego? Z kilku względów:

  • jestem estetą i oprócz praktyczności cenię design,
  • zależy mi na delikatnym, miękkim świetle,
  • ponad wszystko cenię bezpieczeństwo dziecka – dają mi je niegrzejące lampki ledowe,
  • liczy się dla mnie bardzo jakość wykonania i technika handmade (kule od Cotton Ball Lights są ręcznie robione z zachowaniem fair trade).

Może Cię to zdziwi lub nie, ale na mnie handmade działa jak magnes. Z dwóch względów – sama uwielbiam DIY (opiszę to jeszcze dalej), poza tym pracuję w firmie, gdzie ręcznie produkuje się fotoalbumy. Jestem sentymentalna i jak widzę gdzieś napis „handmade” to sięgam po to w pierwszej kolejności. Kiedyś „cottonki” znałam tylko ze zdjęć i zaczęłam ich szukać w mojej okolicy. Niestety udało mi się znaleźć tylko plastikowe ich odpowiedniki – tych nie polecam, bo wydaje mi się to towar zbyt podejrzany. Dekoracje do pokoju Meli wybieram starannie. Chcę być pewna nie tylko walorów estetycznych, ale też bezpieczeństwa.

Przy zakupie lampek w sklepie internetowym zaskoczyło mnie coś jeszcze – mogłam sama wybrać każdą kulkę pojedynczo korzystając ze specjalnego konfiguratora. Jest to dla mnie dużą zaletą – kolejne zboczenie z mojej pracy – personalizacja. Zawsze polecam z całego serca produkty, w których klient ma bezpośredni wpływ na wygląd tego, co zamawia. Zaglądnijcie na stronę Cotton Ball Lights i zróbcie dekoracyjny prezent swoim dzieciakom – możecie wspólnie wybrać kolory oraz ilość kul, a potem cieszyć się pięknym, ciepłym blaskiem cottonków.

Co jeszcze gości w tym małym pokoiku?

Oczywiście pojemniki na zabawki: materiałowy, bawełniany kosz, który naprawdę dużo pomieści i kolejna bliska memu serce rzecz – biała, drewniana skrzynia, którą zrobił dla Meli jej dziadek. Nie chciałam plastikowych organizerów, bo tony tego tworzywa w pokoju 3-latki chyba by mnie przerażały. Skrzynia jest duża, pojemna i w skandynawskim stylu. Lubię jak wszystko do siebie pasuje, a skoro większość mebli w domu mam w białym odcieniu to nie chciałam tutaj nic w jaskrawych barwach. Wiem, wiem – teraz sobie myślisz, że w pokoju Meli jest wszystko co podoba się tylko mi – zaskoczę Cię, tatusiowi też się podoba ten wystrój 🙂 A Mela? Wydaje mi się, że czuje się w swoim królestwie bardzo dobrze 🙂

Nie rozpraszajmy się! Co dalej? Na białej ścianie znajduje się 3 elementy: fotoobraz w formacie 70×100 cm od najlepszefoto.pl (tak, tak tu pracuję), wykonana przeze mnie papierowa girlanda z imieniem córeczki oraz pompony tiulowe w pastelowych kolorach (tak, to też dzieło mamusi). Tutaj znów odzywa się w mojej duszy DIY 🙂 Wykonanie tych dwóch dekoracji jest banalnie proste i jeśli chcesz mieć podobne to wystarczy chwila czasu, wyobraźni oraz kupno materiałów. Zapewniam, że rzeczy samodzielnie wykonane cieszą oko.

Oprócz wymienionych rzeczy w pokoju znajduje się prosty, biały regał na zabawki i granatowy dywan – tak, ciemny, tak bez ulubionej postaci z bajki. Dopóki mam jeszcze coś do powiedzenia, to w pokoju Melanii będzie w miarę stonowany wystrój. Boję się co będzie za parę lat 🙂

Zachęcam Cię mamusiu do urządzania pokoju dziecka zgodnie ze swoim gustem, myśląc nie tylko o pięknym wnętrzu, ale również o funkcjonalności każdego elementu. Daj znać jak Ci się podoba w małym pokoiku Meli. Tymczasem zapraszam do pooglądania zdjęć! 🙂

 

 

 

 

 

 

PS: Jeśli podobnie jak moja Mela, chcesz cieszyć się tym miękkim, ciepłym światłem, to zapraszam do oficjalnego sklepu:

Dietetyczne brownie bez mąki i cukru? Proszę bardzo!

Cześć!
Też jesteś na ciągłej diecie? Ja ostatnio mocniej, więc w poszukiwaniu słodkości postanowiłam na niedzielę przygotować „Brownie bez mąki i cukru”.
Do rzeczy! Sprawdź skład i posmakuj pysznego fitciasta 🙂
Składniki na tortownicę:
1 puszka czerwonej fasoli
4 jajka
2 banany
2 łyżki miodu
4 łyżki kakao
2 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
odrobina oleju do posmarowania tortownicy
masa na wierzch:
1 duży serek homogenizowany
1,5 łyżki miodu
20 g żelatyny
(opcjonalnie można dodać śmietan-fix light)

Wykonanie:
Fasolę odsączamy i dokładnie przepłukujemy zimną wodą. Następnie dodajemy resztę składników i blendujemy na gładką masę. Całość przelewamy do przygotowanej tortownicy o średnicy 23 cm. Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 30-35 min, lub do tzw. „suchego patyczka”. Po wyjęciu odstawiamy do całkowitego wystygnięcia.

Masa: Żelatynę rozpuszczamy w 50 ml wrzącej wody, dokładnie mieszając do całkowitego rozpuszczenia. Następnie mieszamy z pomoca miksera wszystkie składniki na jednolitą masę.  Tak przygotowaną masę wylewamy na ostudzony spód i wstawiamy na minimum 2 godziny do lodówki.

Polecam nie tylko osobom, które chcą być fit. Zapewniam, że ze smakiem zjedzą to Brownie wszyscy goście 🙂

Smacznego!

Jesteś piękna!

Jesteś? No jasne, że tak! Czy widzisz jak ja wyglądam? Jestem gruba, przed 30-stką i nikt by się za mną nie obejrzał!

Znasz to? Często powtarzasz te słowa? No to witaj w moim świecie! Mówimy chórkiem 🙂

Czemu tak jest? Jak mam przyjąć to, że przez większość życia mój rozmiar był w okolicy 36, a teraz jest grubo ponad? Ehh… Na wagę aż boję się stawać, a jak mój mąż pyta ile tam widzę to szybko uciekam i krzyczę ‚nie czepiaj się’.

Tak, widać to  – po pierwsze to jak wyglądam, a po drugie moje niezadowolenie. Czy o tym mówię? Tak! Z jednej strony każdy z moich znajomych to słyszał, ale z drugiej ja nic sobie z tego nie robię. Dlaczego?

Nie wiem. Ciężko mi. Nie chcę.

Czy jestem piękna? Kurcze, tego też nie wiem.

Ale moment… Nie!

Jestem piękna! Mimo wszystko… Skąd to wiem, skoro codziennie sobie powtarzam ‚idź babo na dietę, bo mąż zwątpi’…

Trudno mi. Ciągle mam jakieś wymówki. Przeszłam w codzienny rytm jedzenia w biegu. Zatraciłam się w pracy i nie dbam o siebie. To, że pamiętam żeby się pomalować to za mało. Jak idę do sklepu kupić coś do ubrania to popadam w depresję. Albo się nie mogę dopiąć, albo wyglądam jak orka. Tak, tak się czuję.

W takim razie skąd teoria, że jestem piękna?

A wiem!

Od mojej Meli.

W zabieganiu, w codzienności od czasu do czasu słyszę z ust mojej córeczki ‚mamo jesteś piękna!’.

Chcę wtedy płakać (nawet kosztem rozmazanego tuszu rano przed pracą).

Moja córka mnie kocha. Jest ponad. Ponad to, jak ja wyglądam. Choć wiem, że nie jestem idealna dla wszystkich wokół, to mam wsparcie. W niej.

Dziękuję córeczko! Ty też jesteś piękna. To nieprawda, że jesteś podobna tylko do taty. Do mnie trochę też 🙂 Obie jesteśmy piękne!

Kocham Cię Mela! <3 I obiecuję, że się za siebie wezmę. Dla siebie. Żebym nie wątpiła w to, że jestem piękna!

Czy jest ktoś, kogo chciałbyś zmienić, poinstruować, ulepszyć? Świetnie! Jestem za! Ale dlaczego nie zaczniesz od siebie?

Znasz go, na pewno. Codziennie o takim kimś myślisz. Spotykasz go. Nie zawsze jest ta sama osoba. Pomyśl, czy jest ktoś, kogo chciałbyś zmienić, poinstruować, ulepszyć?

No jasne! Swoje dziecko, męża, rodziców, kolegę lub koleżankę z pracy. Jesteś idealna? Nie, nie jesteś. Ani ja, ani wymienieni. Ale czy mamy prawo nawzajem siebie oceniać i wytykać sobie błędy? Hmm… I tak i nie.

Dlaczego nie? Bo sami też popełniamy błędy i czasem trzeba przymknąć na to oko, tolerować, spróbować zrozumieć.

Dlaczego tak? Bo czasem ktoś robi głupoty, które istotnie wpływają na jego tryb życia. Często warto komuś zwrócić na coś uwagę (‚edukować’ jak mawia bliska mi osoba :)).

Czemu ciągle wytykamy błędy innym (w swoich myślach, a także podczas ploteczek z przyjaciółką czy mamą). Często słyszymy od siebie nawzajem „ależ ona głupia, zostawiła go, a taki dobry chłopak z niego był”. Oceniamy przeważnie nie pytając o sedno sprawy samych zainteresowanych. Oceniamy ze swojej perspektywy. „Ja bym tak nie zrobiła, a tak zrobiła, a to powiedziała” itd.

Myślisz teraz o swoich codziennych rozmowach? Ja też i nie myśl, że się wybielam, bo jestem taka sama jak Ty oraz inni „pouczający”.

Chcę zwrócić Ci uwagę tylko na jedną rzecz – o Tobie też gadają. To nie jest tak, że Ty każdego instruujesz, wytykasz mu, obgadujesz. To działa w obie strony, więc zastanów się i wybierz czasem ‚mniejsze zło’. Co mam na myśli? Analizowanie… Tylko nie innych osób, a samego siebie i swoich zachowań.

Jestem mistrzem układania scenariuszy sytuacji, jakie mnie spotykają 🙂 Czy Ty też sobie czasem myślisz: ‚za gorzko to ujęłam, nie powinnam była’, albo odwrotnie: ‚powinnam jej powiedzieć, że źle robi’.

Nasze życie to sztuka wyborów. Czasem uda się komuś pomóc, a czasem kogoś skrzywdzić ‚dobrymi radami’. Tu nie chodzi o to, żeby mieć do siebie żal i bić się w pierś. Chodzi o coś co będzie, o przyszłość, no i żeby czasem ugryźć się w język (oj mam z tym ogromny problem ;)).

Córeczce też staram tłumaczyć na czym polegają jej błędy. Nauczyła się ostatnio, że można zrobić coś złego, a potem przepraszać. Co wtedy robię? Sadzam ją obok siebie i mówię coś w ten deseń: ‚Kochanie, tu nie chodzi o przeprosiny. Ja chcę od Ciebie obietnicy, że więcej tego nie zrobisz’. Mela się tego uczy. Mam nadzieję, że zrozumie.

Wiedz, że ten tekst nie jest po to, żebyś myślała, że jestem taka wspaniała, odkryłam to i Ci ‚wytykam’. Nie, jest po coś innego – żebym ja się zastanowiła nad sobą i żebyś Ty też miała na to czas. Tylko chwilę i tylko czasem. Wiem, że to ciężkie, bo ciągle coś (dom, praca, dziecko, stres, wyjazd itd.), ale zrób to. Ja robię to pisząc artykuły w tym miejscu. Po to żeby się zatrzymać, bo życie ucieka jak szalone. Nie chcę tylko widzieć potknięć innych, chcę widzieć swoje błędy i je poprawiać. Pomóż mi czasem! Możesz nawet napisać do mnie, że głupoty tu dziś przeczytałaś. To będzie dla mnie wskazówka, żeby robić coś lepiej.

Instruujmy się! Ale z głową i nie róbmy sobie przykrości. Zmieniajmy się! Ale zacznijmy od samych siebie. Podejmujesz wyzwanie? Możemy zatrzymywać się razem. Przyjmę Cię zawsze na moim blogu. Do następnego!

 

Autor tytułowego cytatu: Dale Carnegie.