Nasze wielkie, polskie wakacje – czyli jak spędzić kreatywnie czas z dzieckiem

Od czego by tu zacząć… Może od początku. Mela ma dokładnie 3,5 roku i obecnie chodzi do przedszkola. Ze względu na przerwę wakacyjną cały sierpień spędzamy razem. W tym roku wypadło aż 5 tygodni, więc postanowiliśmy z mężem podzielić się opieką i wzięliśmy po 3 tygodnie urlopu  (tym o to sposobem mieliśmy jeden tydzień w trójkę).

Sytuacja zarysowana, więc idźmy dalej. Nigdy nie planowaliśmy wakacji z wyprzedzeniem i tak też było w tym roku. Lubimy spontaniczne wypady i ograniczamy się do terenu Polski. Przynajmniej na razie 🙂

Muszę się przyznać, że zawsze na to narzekałam, ale jakoś w tym roku wycieczki wyszły nam znakomicie. Naprawdę poczułam wakacje! Już dawno tak nie miałam (a przede mną jeszcze jeden wspaniały tydzień z córeczką!). Piękny jest ten wspólny czas, ale po kolei…

Cudowny klimat Krakowa

Taaak! W końcu tam byłam, nie przejazdem, nie na zakupach, ale po to by pozwiedzać! Było warto. W tym roku byliśmy tam dwa razy i oba wykorzystaliśmy co do jednej minuty. Mogłoby się wydawać, że nie ma sensu jechać dwa razy w to samo miejsce, ale wydaje mi się, że zawsze jest coś nowego do zobaczenia.

No to jedziemy!

Podczas pierwszego wyjazdu nie mogło się obyć bez smoka wawelskiego. Razem z mężem znaliśmy go tylko ze zdjęć i opowieści znajomych. W sumie fajnie, że widzieliśmy go pierwszy raz w życiu razem z córeczką – będziemy to miło wspominać.

Przy okazji odwiedzin smoka udaliśmy się w mały rejs po Wiśle. Mela strasznie się cieszyła, że popłynie łódką, bo to była kolejna przygoda do zrealizowania w jej małym życiu. Przez cały rejs patrzyła na wodę.

Z Wawelem nie rozstaliśmy się tak szybko, bo postanowiliśmy coś zjeść i z polecenia koleżanki odwiedziliśmy Restaurację Vidok, która ma adekwatną nazwę do tego co można tam zobaczyć 🙂 Jeśli mam być szczera jedzenie było na poziomie średnim, bez fajerwerków, no ale tam marża jest zrozumiała. Płacimy za widok 🙂 Zobaczcie.

W każdym mieście trzeba zaliczyć Rynek, więc tak też zrobiliśmy. Pospacerowaliśmy, pooglądaliśmy Kościół Mariacki i Sukiennice, zjedliśmy lody i w zasadzie tyle – bo dla dziecka to żadna atrakcja, a poza tym Melę już zaczęły boleć nogi, no bo przecież są małe i daleko nie powędrują 🙂 No i jeszcze ten upał – spacer w 30 stopniach to wyczyn nawet dla dorosłych, więc nie dziwię się, że nie chciała już chodzić.

Kolejnego dnia wybraliśmy się na Krakowski Kazimierz. Tam jest klimat, który najbardziej chyba interesował mnie jako humanistę. Przez wiele wieków Kazimierz był miejscem współistnienia i przenikania się kultury żydowskiej i chrześcijańskiej. Kiedyś bardzo dużo o tym czytałam, więc te kamieniczki były miłe moim oczom. Dla Meli to po prostu budynki, ale i tak dzielnie maszerowała. Z małymi przerwami 🙂

Wróćmy jednak do przygód i atrakcji przygotowanych dla Meli. Drugi wyjazd to było w końcu to co dało jej prawdziwą frajdę, bo… Pierwszy raz w życiu była w ZOO, a to krakowskie jest naprawdę duże. Tym razem pogoda nas oszczędziła, dlatego wycieczka tramwajami i autobusami, aby dotrzeć do celu, nie była taka zła. Przy okazji oglądaliśmy różne budynki, dlatego Mela koniecznie musiała siedzieć przy oknie. W sumie ją rozumiem – chyba każdy z nas to lubi 🙂
Osobiście spodobało mi się Centrum Kongresowe, dlatego uwieczniliśmy Melę na jego tle.

Wróćmy do głównego celu – ZOO

To było naprawdę duże przeżycie dla 3,5 latki, która dotychczas zwierzęta widziała w bajkach i tv. Tym razem mogła je zobaczyć z bliska. My oczywiście też się świetnie bawiliśmy. Spędziliśmy tam wszyscy kilka godzin, ale było warto. Wspomnienia do tej pory żywe, bo widząc zwierzaki w książkach Mela wspomina, że widziała je w ZOO. Najbardziej spodobały jej się żyrafy, a z kolei pingwiny wszystkich nas rozczarowały, bo nie chciały chodzić – stały jak posągi. Nie wyglądały jak te bajkowe z Madagaskaru 🙂

Co dalej? Kopiec Kościuszki

Szczerze przyznam się, że widok imponujący, bo widać stamtąd całą panoramę Krakowa, ale wychodząc i schodząc miałam strach w oczach. Bardzo bałam się o Melanię, bo nie ma tam żadnych zabezpieczeń. Tak mocno ściskałam jej rękę, aż krzyczała, żebym ją puściła. Nie zrobiłam tego i jakoś udało się zejść. Jeśli Wasze dzieci są urwisami to nie polecam – poczekajcie, aż zrozumieją, że to niebezpieczne. Po zejściu znów na twarzy Meli zagościła radość i chęć do biegania 🙂

Jak wypełniliśmy Meli czas w pozostałe dni wakacji?

Było tyle rzeczy do zrobienia, że nie było mowy o nudzie w domu! Jeździliśmy nad wodę – na Podkarpaciu polecam Jezioro Tarnobrzeskie. Woda czysta jak łza i płytka, w sam raz dla maluchów. Oprócz tego odwiedziliśmy baseny w Boguchwale, które są zadbane i świetnie przystosowane dla dzieci. Całe 10 minut od naszego domu, a radość nie do opisania 🙂 Poniżej nasza pływaczka w Tarnobrzegu.

Niedaleko Tarnobrzega znajduje się Sandomierz, więc postanowiliśmy odwiedzić miasto serialowego „Ojca Mateusza”. Obejrzeliśmy Rynek i zeszliśmy do podziemi. Mela w ogóle się nie bała ciemności – odważna, po mamusi 🙂 Wycieczka w sam raz na całe popołudnie.

To nie koniec naszych wakacyjnych atrakcji

Wyjazd do babci i dziadka również był niesamowity! Wspólne spacery, żarty, przytulanki. Uważam, że i dziadkom i wnukom należą się jednakowo, a wakacje to czas żeby nadrobić wspólny czas. Spędziłam z Melą cały tydzień u moich rodziców i był to kawał radości dla niej i dla mnie. Odwiedziliśmy wspólnie nie tylko moich dziadków (nazywanych przez Melę „babcią i dziadkiem pra” zamiast pradziadkami), ale też Nowiny Horynieckie, ze źródełkiem w środku lasu. Mela rzadko bywa w takich miejscach, więc rzucanie szyszkami i uciekanie dziadkom bardzo jej się podobało 🙂

Przedstawiłam Ci nasz pomysł na wakacje z dzieckiem. Może mieszkasz niedaleko ode mnie, masz dzieci w podobnym wieku i wykorzystasz te pomysły za rok? Miejsca polecam w 100%. Oprócz małych i dużych wycieczek podczas wakacji z dzieckiem, najważniejszy jest wspólny czas. Spacery, gra w piłkę na trawie, wspólne rysowanie kredą po ulicy, bieganie po kałużach, śmieszne rozmowy, z których powstają anegdotki na lata.

Jeśli nie masz pomysłu i budżetu na wakacje to pamiętaj Rodzicu, że dla dziecka Ty i Twój poświęcony mu czas, jest najważniejszy. To najcenniejsze co możesz mu dać.

A jak ty organizujesz czas swoim dzieciom podczas wakacji? Daj się innym zainspirować 🙂

 

O relacjach damsko-męskich, czyli Mr Right & Mrs Always Right!

„Kto rządzi w związku?” Dobre pytanie, prawda? Uwielbiam dawać pytajniki, przecież wiesz.

To nie jest łatwe pytanie i nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Oczywiście jeśli zapytasz kobietę lub mężczyznę właśnie o to – zabrzmi jedno słowo: „ja”! Od dziecka pamiętam, że zawsze ludzie wymieniali się spostrzeżeniami o swoich związkach, ale nie tylko swoich (ach te ploteczki!). Pytań jest więcej: kto ma zawsze rację? Kto trzyma kasę? Kto płaci rachunki?

Można tę listę rozwijać i rozwijać, ale nie… Dziś odwrócę trochę role. Zadam pytanie panom, mężom, chłopakom, partnerom…

„Czy Ty pomagasz swojej żonie w domu?”

Tik-tak, tik-tak, tik-tak… Cisza? Czy padła odpowiedź „tak pomagam” lub „nie, nie pomagam”?

Z tych trzech opcji, cisza jest chyba najlepsza. Dlaczego? Bo w dzisiejszych czasach to pojęcie „pomagania” trochę ewoluowało. Co mam na myśli? A to mianowicie, że DOM należy do obu partnerów i tak naprawdę oboje powinni dbać o to w jakim miejscu żyją.

Pranie, sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi to już nie tylko domena kobiet. Współcześni mężczyźni (w większości) wykonują te czynności jako rutynowe. I chwała im za to!

Oczywiście są wyjątki. Słyszę czasem anegdotki kolegów, którzy nie gotują czy nie zmywają, bo twierdzą, że żona zrobi to lepiej. Takie tłumaczenie mocno mnie wyprowadza z równowagi i zwykle z nimi polemizuję. Różnie kończą się takie rozmowy, ale w życiu im nie przytaknę! O nie!

Nie jestem feministką i nie walczę o równouprawnienie, ale uważam, że PARTNERSTWO to fundament każdego związku. Wiadomo, że miłość i zaufanie są na pierwszym miejscu, ale bez wzajemnego wspierania się na co dzień, nie ma mowy o zdrowo funkcjonującym związku.

Kobiety nie potrzebują „pomocnika”, tylko „partnera”. Oboje mieszkają po jednym, wspólnym dachem, a skoro tak, to nie mieści się w głowie, aby tylko jedna osoba dbała o DOM. Oboje pracują, oboje potrzebują po pracy coś zjeść i posiedzieć w czystym mieszkaniu. Nie upieram się, że facet powinien umieć wszystko, więc podział obowiązków będzie tu najlepszą opcją. To naprawdę ułatwia codzienne funkcjonowanie. Ważne, aby się uzupełniać, a jasność w kwestii tego kto odkurza, a kto wyrzuca śmieci, potrafi ułożyć rytm dnia czy tygodnia. Serio!

W przypadku posiadania dzieci jest podobnie – dziecko jest wspólne (i mamy i taty), więc razem się nim opiekują. Tutaj też polecam podział w stylu: „ja je wykąpię, a Ty mu zrobisz kolację”. Trzeba się uzupełniać 🙂

Nikt nie powinien być „pomocą” w domu, tylko stanowić jego integralną część.

No dobra, ale kto w związku ma zawsze rację? Bo od tego zaczęłam te moje wywody. Mawia się, że to do kobiety zawsze należy ostatnie słowo, ale to chyba mężczyźni wymyślili tę „niby” zasadę.

Moje wpisy zwykle pojawiają się po zaczerpnięciu z czegoś inspiracji. Nie uwierzysz co było nią tym razem! Pewnie pomyślisz, że akurat mąż mi w czymś „pomógł” i postanowiłam to spisać. No nie tym razem 🙂

Przedstawiam moje najnowsze poduchy od MyGiftDNA.pl! Nie dość, że są piękne to dosłownie do mnie mówią! Starannie wyhatowane napisy „Mr Right” i „Mrs always right” dodatkowo zostały opatrzone naszymi imionami. W poprzednim wpisie już Ci zdradziłam jak bardzo liczy się dla mnie możliwość personalizowania, a dodawanie imion do różnych rzeczy wprost uwielbiam!

W moim przypadku sama wybierałam sobie prezent (już tak mam, bo lubię praktyczność!), ale sklep ma tak zbudowane możliwości wyszukiwania, że można przygotować niespodziankę dla każdej bliskiej nam osoby i z pewnością jeszcze nie raz skorzystam z tej opcji. Zwłaszcza dlatego, że prezenty przychodzą pięknie zapakowane i można od razu je wręczyć (to naprawdę ułatwia życie!).

Co do inspiracji – napisy na poduszkach w wolnym, polskim tłumaczeniu znaczą mniej więcej tyle, że Pan ma rację, a Pani zawsze ma rację. W naszym przypadku powinniśmy dokupić i położyć pośrodku podłużną poduszkę ze znakiem równości. Dwa mocne charaktery zawsze chcą dominować i pogodzenie ich to wyzwanie. Ale jak się kogoś mocno kocha, to się da 🙂

Poduszki już jakiś czas goszczą w naszej sypialni i umilają nam czas, są miękkie, duże (50×50 cm!) i co najważniejsze – są dwie! Podpisane wyhaftowanym imieniem, więc nie ma mowy o pomyłce, a uwierzcie mi u nas bitwa o poduszki to częste, wieczorne wydarzenie.

Dzięki takim poduszkom, od teraz Państwo „Right” będą żyli długo i szczęśliwie…

PS: Koniecznie daj znać jak to jest u Ciebie. Kto ma zawsze rację? 🙂

A po spersonalizowane prezenty na przeróżne okazje, zapraszam na MyGiftDNA.pl